Dzień 4
blogowego wyzwania u Uli to Ulubiona książka / album muzyczny / film, do którego lubię powracać.
Musze przyznać że przyszła mi na myśl tylko jedna jedyna książka do której naprawdę lubię wracać, książka mego dzieciństwa. Zazwyczaj jeśli coś przeczytam czy obejrzę jeden raz to nie lubię do tego wracać szukam raczej innych rzeczy.
A ta jedyna i wyjątkowa książka lek na wszelką chandrę to "Dzieci z Bullerbyn" Astrid Lindgren

Ta książka to cudowne wspomnienia, wspomnienia mego dzieciństwa które dają mi siłę i ukojenie i uśmiech na twarzy. Otóż tę lekturę szkolną mieliśmy przeczytać, pamiętam, że była sroga zima, a że uczyłam się w małej wiejskiej szkole książek było dużo mniej niż dzieci, nauczycielka kazała nam więc przeczytać książkę jak najszybciej jak możemy mieliśmy na to chyba 2 dni by przekazać innemu dziecku. Ponieważ była to lektura w pierwszej lub drugiej klasie podstawówki książka ta wydawała się niesamowicie gruba. Czytałam jednak zawzięcie, myślę jednak że nie udałoby mi się tego zrobić gdyby nie mama która czytała mi tę książkę na dobranoc. Pamiętam, że jęczałam tego wieczora że jestem głodna (pewnie znów nie zjadłam kolacji, lub po prostu nie chciałam iść spać) pamiętam jak dziadek cichaczem przyniósł mi ciastka do łóżka (ukochany dziadek, z którym zawsze miałam konspiracje "Jak można dziecko głodzić") i pamiętam jak mama mi czytała. Pamiętam że ta książka wydawała mi się niesamowicie śmieszna i że śmiałam się do łez taczając się po łóżku z przygód dzieci z Bullerbyn. Co prawda książka ta została zapomniana, jednak gdy jako studentka wyjechałam na wakacje w Bieszczady by organizować czas dzieciom z terenów wiejskich spaliśmy w starej szkole, był to stary dwór w którym podobno straszyła biała dama (według pani dyrektor, choć według nas wtedy było to dość prawdopodobne biorąc pod uwagę hałasy dobiegające zewsząd). Oczywiście prowadziliśmy codziennie zajęcia, a po nich zwiedzaliśmy okolicę, jednak pewno dnia padał deszcz, utknęliśmy więc w szkole. Ponieważ spaliśmy w jednej z klas zaczęliśmy przeglądać księgozbiór i wtedy odnalazłam tę książkę, którą to przeczytałam jednym tchem i która sprawiła, że znów byłam tą małą dziewczynką jedzącą ciastka w łóżku. Po powrocie do domu oczywiście zakupiłam sobie egzemplarz i zaglądam do niego czasami gdy tego potrzebuję. Codziennie też czytam mojej Ali, mam nadzieję że kiedyś też będzie miała takie wspaniałe wspomnienia :)
Jeśli chodzi natomiast o muzykę czy film to są piosenki do których wracam czasem, np kiedy jestem zła lub smutna, jednak nie wiem czy któraś z nich zasługuje na większą uwagę. Jeśli chodzi o film to chyba jedynym filmem który utkwił mi w pamięci i który pewnie kiedyś jeszcze raz obejrzę to "Zielona mila" Franka Darabont, gdyż poruszył on we mnie mnóstwo emocji i płakałam na nim jak bóbr.
A ponieważ każdego dnia coś wam pokazuję, a wczoraj pisałam że uwielbiam szyć etui wszelkiego rodzaju dziś pokażę wam etui małego artysty, które może pomieścić kredki, ma miejsce na notes i kieszonkę na inne drobiazgi.
Na wierzchu naszyłam ptaszki i wiatki
W środku kieszonka na drobiazgi
Przegródki na kredki a obok notes
Można spokojnie rysować nawet w plenerze :)
Jeszcze zbliżenie na aplikacje, część z nich jest wyszywana koralikami :)
Dziękuję za wszelkie miłe słowa pod wczorajszym postem i że tu zaglądacie.
Zapraszam serdecznie i trochę mi smutno że jutro już ostatni dzień wyzwania.
Ściskam was mocno i biegnę podlewać róże